Kuubaa? A jak nie Kuba, to kto? Z wizytą w Jack the Ripper Museum

Nie było mnie od miesiąca, drogie Czytelniczki, ale nie dlatego, że nie mam o czym pisać. Tematów jest mnóstwo, ale równie dużo działo się w świecie pozainternetowym (w który można wierzyć lub nie). Najważniejszym z tych wydarzeń była wizyta u mojej młodszej siostry – w samym, panie, Londynie.

Londyn miastem jest jedynym w swoim rodzaju, wie to każdy i naprawdę nie ma sensu tutaj rozwijać tego tematu. Żadnej miłośniczki horrorów nie zainteresuje pewnie fakt, że spędziłam wiele godzin, spacerując po Victoria and Albert Museum i podziwiając gobeliny wykonane w pracowni samego Williama Morrisa, albo że przejechałam się czerwonym piętrowym autobusem, albo że w angielskim Starbucksie piłam najprawdziwszą bawarkę i udało mi się nie umrzeć. Za to na pewno niejedną z was zainteresuje, że odwiedziłam otwarte niedawno muzeum Kuby Rozpruwacza.

Pardon, nie powinnam mówić „muzeum Kuby Rozpruwacza”. Oficjalna – choć mało gramatyczna – nazwa to Jack the Ripper Museum and the history of women in the East End. Przynajmniej jeśli wierzyć ulotce dla gości, bo napis nad wejściem „kobiety East Endu” pomija. Dlaczego tak? Aby to wyjaśnić, najlepiej będzie cofnąć się o mniej więcej rok od dziś – do czasu, kiedy muzeum nie było jeszcze otwarte, ale już wieść o jego powstaniu niosła się szeroko. Władze instytucji, aby uniknąć skądinąd słusznego oburzenia opinii publicznej wywołanego pomysłem wzniesienia muzeum „ku czci” pierwszego znanego seryjnego zabójcy kobiet w historii, zapowiadały, że tak naprawdę muzeum będzie przedstawiało Rozpruwacza jako jeszcze jeden – cokolwiek mroczny – element życia kobiet z najniższych warstw społecznych Londynu; jako krwawą kartę z nowożytnej historii mieszkanek miasta. A przy tym będzie czymś w rodzaju pomnika dla ofiar Kuby i ich sióstr z wschodniego Londynu. Jak nietrudno się domyślić, kiedy doszło do otwarcia, okazało się, że jest wprost przeciwnie – to raczej historie kobiet zostały wplecione w opowieść o Kubie niż odwrotnie. Wywołało to zrozumiały gniew lokalnych grup feministycznych i spowodowało odroczenie otwarcia. Posypało się szkło z wybitych szyb, opublikowano parę gniewnych tekstów, ale w końcu wszystko ucichło, choć sytuacji nie poprawił wątpliwy w tym kontekście PR-owy pomysł, by urządzić w muzeum Halloween z Kubą: z możliwością strzelenia sobie słit foci z wynajętymi aktorami i rzeczywistych rozmiarów manekinami ofiar włącznie.

Odnaleźć JTRM jest jednocześnie łatwo i trudno. Łatwo, bo wystarczy skręcić w lewo po wyjściu ze stacji metra Tower Hill i iść prosto przed siebie, aż dojdzie się do muzeum. Trudno, gdy ma się zerową orientację w przestrzeni i z jakiegoś powodu dojdzie się do wniosku, że aby trafić do muzeum, po wyjściu z tejże stacji należy przejść Tamizę, idąc wzdłuż słynnego Tower Bridge. Cóż, przynajmniej przeszłam się dwa razy po Tower Bridge i dokładnie przyjrzałam się samej Tower, a przy okazji odkryłam nieznane mi Museum of Design, tak? Profit!

Zanim wybierzemy się do JTRM, chciałabym, abyście wraz ze mną wyobraziły sobie okolicę, w której się ono znajduje. Jest to, jakże inaczej, Whitechapel – czyli teren zbrodni Kuby. Jeśli, jak ja, jesteście mentalnymi sierotami (albo tak zaplanowałyście!) i zbliżacie się do JTRM od strony Tower Bridge, to po drodze do niego mijacie najpierw ogromną (znacznie większą, niż wygląda na zdjęciach) twierdzę Tower. Jeśli macie parę godzin i wolnych, bagatela, 25 funtów, to możecie ją nawet zwiedzić. Rzut kamieniem od Tower znajdują się stalowo-szklane drapacze chmur londyńskiego City, w tym słynny wieżowiec w kształcie zatyczki analnej. Kontrast jest uderzający i nie można się nie zastanowić: ciekawe, jak to jest być takim londyńskim korpolem z biurem na 25. piętrze wieżowca, i mieć z tego wieżowca widok na średniowieczną twierdzę? Czy to nie nasuwa owym korpolom myśli o charakterze, rzekłabym, eschatologicznym? Vanitas vanitatum et cetera? Czy można się dziwić, że ta okolica zainspirowała Alana Moore’a do stworzenia jego opus magnum, From Hell, w którym przedstawia zbrodnie Kuby jako zarazem kleszczowy poród nowoczesności i jedno z ogniw nieskończonego łańcucha szaleństwa i degeneracji rasy ludzkiej? Nie należy jednak myśleć o tym za dużo, bo można – jak ja – przegapić ostro skręcającą w prawo niepozorną ulicę Royal Mint Street, przy której przedłużeniu – Cable Street – mieści się Jack the Ripper Museum.

2016-01-27 16.03.58
Jeśli idziesz do JTRM i widzisz to: zawróć! BTW, wszystkie zdjęcia robione były kuchenką mikrofalową i dlatego są takie brzydkie.

Fasada – utrzymana, ma się rozumieć, w kolorystyce czerwono-czarnej – nie pozostawia wątpliwości odnośnie charakteru atrakcji. Po wejściu witają nas kasa i sklepik z pamiątkami, z grubsza stylizowane na wnętrze wiktoriańskiego domu. Bardzo sympatyczny pan za kasą (bez kostiumu z epoki – cóż za zmarnowana okazja!) pobiera od nas zdecydowanie nieadekwatną opłatę w wysokości 12 funtów (10 funtów, jeżeli dokonało się rezerwacji przez Internet) i objaśnia układ muzeum. Uśmiecha się z podziwem, gdy okazuje się, że tematyka rozpruwaczologiczna to dla mnie nie pierwszyzna (ej, kto nie wie, że ostatnią ofiarą była Mary Jane Kelly?). Poza mną i kasjerem w muzeum nie ma nikogo; nikogo też nie będzie przez cały czas mojego zwiedzania. Może późne środowe popołudnie to nie jest czas, w którym mieszkańcy i mieszkanki Londynu odwiedzają muzea poświęcone seryjnym zabójcom? W końcu Anglicy to tacy ekscentryczni ludzie!

2016-01-27 16.33.12
Duch Kuby jest w Whitechapel wciąż żywy.

Kasjer-przewodnik poleca mi zwiedzać, wspinając się na kolejne piętra, a na koniec zejść do piwnicy, w której znajduje się – dodaje z dość niepewnym uśmieszkiem – „niespodzianka”. I tak też robię. Na pierwszym piętrze wita mnie dość zgrubna rekonstrukcja sceny, od której rozpoczęła się nie działalność Kuby Rozpruwacza, lecz jego medialna kariera: odnalezienia zwłok Catherine Eddowes przez konstabla Watkinsa. Jeżeli jakim cudem ktoś z miękkim sercem i wrażliwym żołądkiem zawędrował do JTRM (tylko po co?), może się nie martwić: w inscenizacji nie ma nic szczególnie przerażającego. W ogóle w tej inscenizacji nie ma nic szczególnego: manekiny, trochę rekwizytów (w tym wózek do transportu zwłok). Parę kartek z dodatkowymi informacjami – o zgrozo, z jakiegoś powodu często odchodzącymi od kanonu (od dawna już większość zainteresowanych zgodziła się, że kanonicznych ofiar Kuby było pięć – czemu więc JTRM uparcie winduje ich liczbę do sześciu-siedmiu, a czasem nawet ośmiu?). Z mocniejszych emocji obcykana rozpruwaczolożka może za to doświadczyć palpitacji, gdy zauważy, że słynny napis The Juwes are the men that will not be blamed for nothing został napisany na ścianie… z błędem (Juews zamiast Juwes).

2016-01-27 17.18.10
Pierwsze piętro. Pytanie: gdzie biedna Catherine ma nogi (i dlaczego ją tak wylaszczyli)?

Drugie piętro jest znacznie mniej banalne. Twórcy muzeum zapraszają tutaj odwiedzające do rozejrzenia się po (niewielkim – czy wspominałam, że całość w ogóle jest bardzo malutka?) sprytnie zaaranżowanym „gabinecie Kuby”, w którym rozsiane zostały rozmaite aluzje do tego, kim – wedle kilku popularnych teorii – miałby być Rozpruwacz. Są tutaj więc zarówno instrumenty medyczne, jak i przybory malarskie; książki na temat anatomii, masońskie symbole i różne inne kurioza. Naprzeciw wejścia wisi rysunek autorstwa Waltera Sickerta, jednego z głównych podejrzanych w śledztwie. Mam nadzieję, że chociaż on jest autentyczny, bo znajdująca się nieopodal kopia słynnego listu From Hell, jedynego potwierdzonego listu od Kuby (czyli tego z odrażającym załącznikiem –  kawałkiem ludzkiej nerki) jest – no właśnie – tylko kopią, czego władze muzeum nie zaznaczają ani w ulotce z planem zwiedzania, ani na tabliczce przy ekspozycji. Oryginał znajduje się w posiadaniu londyńskiej policji i podobno czasem można go zobaczyć w sporadycznie otwieranym Crime Museum, do którego – niestety – tym razem nie udało mi się dotrzeć.

2016-01-27 17.15.32
Duża ramka w lewym górnym rogu to szkic Sickerta.
2016-01-27 17.16.15
Prawie jak oryginał.

Trzecie piętro to scenka na stacji policyjnej: manekin-inspektor Abberline siedzi przy biurku. Wzrok zwrócony ma ku tablicy, na której twórcy muzeum wyszczególnili kilku „najbardziej podejrzewanych” o zbrodnie: od wspomnianego Sickerta aż po anonimową akuszerkę. Z jakiegoś powodu nie było tam Williama Gulla, lekarza królowej Wiktorii i mojego – oraz Alana Moore’a – „faworyta”. Były za to wreszcie jakieś prawdziwe eksponaty: gwizdek, kajdanki, pałka i notes konstabla Watkinsa. Nie przyzwyczajajcie się: to by było na tyle, jeśli chodzi o autentyczne przedmioty związane ze śledztwem.

2016-01-27 16.58.00
Tyle dobrze, że Abberline nie wygląda jak Johnny Depp.
2016-01-27 17.00.18
OMG PRAWDZIWE PRZEDMIOTY Z EPOKI WYSTARCZYŁO WEJŚĆ NA TRZECIE PIĘTRO

Na czwartym piętrze wita nas wysoki kobiecy głos śpiewający A Violet From Mother’s Gravepiosenkę, którą miała nucić Mary Jane Kelly w dniu swojej śmierci. Ta część ekspozycji jest rekonstrukcją typowego ubogiego kobiecego pokoiku z epoki. Na ścianach wiszą portrety ofiar (znów: zbyt wielu!) Kuby wraz z krótkimi biografiami. W zależności od predyspozycji oglądającej całość może sprawiać wrażenie albo bardzo niepokojące, albo bardzo smutne, a do tego wzbudzać cokolwiek cyniczne refleksje: owszem, kobiety zamordowane przez Kubę umarły straszną śmiercią, ale czy ich życie, wypełnione po brzegi nędzą, systemową opresją, chorobami, głodem, poniżeniem i celowym zaniedbaniem ze strony jakichkolwiek decydentów, było dużo lepsze? </patos> W podobnym tonie powinno być utrzymane całe JTRM: to wnętrze pokazuje, że Kuba i jego brzytwa byli naprawdę najmniejszym problemem, z jakim borykał się XIX-wieczny East End. I że, jak to ujął G. B. Shaw, paradoksalnie zbrodnie Rozpruwacza zrobiły więcej, by zwrócić uwagę opinii publicznej na nieludzkie warunki panujące w ubogich dzielnicach, niż całe pokolenia działaczy społecznych o wrażliwych sercach.

2016-01-27 17.05.59
Biografie ofiar.
2016-01-27 17.04.40
Muszę to powiedzieć: i tak wygląda lepiej, niż mój niegdysiejszy pokój w akademiku!

Pozytywne (jeśli można to tak nazwać) wrażenie wywołane przez wizytę na czwartym piętrze rujnuje zejście do ostatniego z pomieszczeń – piwnicy. Znajduje się tam stół sekcyjny z epoki (z malowniczą plamą „krwi” na środku [ciężkie i długie westchnienie]), a na ścianach wokół niego wiszą portrety post mortem ofiar Kuby (a także paru „niekanonicznych” ofiar bliżej nieokreślonego sprawcy, oczywiście) i krótkie notki na ich temat. Za każdą z gablotek-ołtarzyków zatknięty został sztuczny kwiatek, co wywołało we mnie uczucia, które mogę nazwać tylko ambiwalentnymi. Pomieszczenie jest rzęsiście oświetlone, ale z każdej strony „patrzą” na odwiedzających martwe oczy nieszczęsnych kobiet, więc ciarki przechodzą po plecach – tylko po co?

2016-01-27 17.23.51
Eee…
2016-01-27 17.24.34
„LOL, wykorzystujemy straszną śmierć tych kobiet, żeby trzepać kasę, ale nie ma sprawy, bo daliśmy kwiatek!”

2016-01-27 17.22.01
Wspominałam, że zaraz obok „kostnicy” znajduje się toaleta? Well, that’s unfortunate….

Na odchodnym nabyłam – zdecydowanie zbyt drogą i napisaną mocno wątpliwą angielszczyzną – książeczkę-przewodnik szlakiem zbrodni Kuby (pamiątki są w JTRM, nawiasem mówiąc, więcej niż słabe). Ucięłam sobie miłą pogawędkę z kasjerem (chyba wciąż będącym pod wrażeniem faktu, że można się interesować zbrodniami Kuby i jednocześnie nie być zapuszczonym facetem, który tylko na tę okazję wypełzł z piwnicy swoich rodziców?) i, naturalnie, zapytałam go, kto jego zdaniem był słynnym mordercą. Stwierdził, że malarz Sickert. (Nieprawda, to William Gull.)

Nie mogę powiedzieć, że mi się nie podobało w JTRM. Niestety, nie mogę też powiedzieć, że mi się podobało. Po bardzo dokładnym zwiedzaniu nasuwa mi się jedna refleksja: dla kogo właściwie powstało to miejsce? Osoby wcześniej już zainteresowane tematem tylko się zdenerwują, widząc te wszystkie błędy i niedomówienia. Osoby, które w ogóle nie mają pojęcia o historii ofiar Kuby i ich mordercy, mogą być mocno zdezorientowane dość wyrywkową narracją i uszeregowaniem ekspozycji według tematów a nie według chronologii (co z kolei może być wygodne dla tych pierwszych). Jedyna grupa, która prawdopodobnie nie opuści muzeum z mniejszym lub większym poczuciem niedosytu, to chyba tylko poszukiwacze sensacji i dreszczyku niezdrowych emocji – do której to grupy, po prawdzie, ja też się zaliczam, ale nieskromnie skłonna jestem bardziej identyfikować się z „zainteresowanymi tematem”. To miejsce to ogromny niewykorzystany potencjał – wszystko tam jest „prawie”. Prawie społeczny komentarz, prawie groteska, prawie pogłębiona refleksja naukowo-historyczna, prawie realne kontrowersje i prawie jarmarczny dom strachów… Jack the Ripper Museum chce być wszystkimi tymi rzeczami, przez co – jak to zwykle bywa – tak naprawdę nie jest żadną z nich. Szkoda.

Król i ja: mój romans ze Stephenem Kingiem

Nie należę do ludzi, którzy mają świetnie poukładaną pamięć i potrafią w razie potrzeby przywołać wspomnienia z zaskakującą i trochę też przerażającą dokładnością, jakby ta ich pamięć rzeczywiście była archiwum ze schludnymi szufladkami i starannie posegregowanymi fiszkami. „To musiało być w 2007, bo to właśnie wtedy kupiliśmy kanapę do salonu, Julia akurat kończyła podstawówkę, a poza tym tamtego roku była taka okropna zima” – oto przykład zdania, którego nigdy ode mnie nie usłyszycie, i to nie tylko dlatego, że jak żyję nie kupiłam jeszcze kanapy. Wydarzenia mojego życia dzielą się raczej na „niedawno”, „dawno” i „kiedyś” niż na lata czy wręcz miesiące. Nie pomaga fakt, że nawet niemałe szczegóły szybko umykają mi, zacierają się i blakną.

king

Dlatego nie pamiętam już, którą książkę Kinga przeczytałam jako pierwszą. Obstawiam Marzenia i koszmary albo Miasteczko Salem, ale równie dobrze mogło to być coś innego. Nie pamiętam też, kiedy to było: zaczynałam gimnazjum? Myślę, że raczej kończyłam podstawówkę.

To, co pamiętam świetnie, to wrażenie, jakie zrobiła na mnie proza Kinga. Połykałam jedną książkę za drugą, nie rozumiejąc pewnie za dużo. Niektóre zdania, frazy i sceny utkwiły w mojej słabej pamięci na zawsze („Mężczyźni walczą o byt, kobiety walczą z kurzem” z Cujo, jak sądzę; albo scena, w której obleśny kierowca autobusu – ??? – z Miasteczka Salem przeleciał wreszcie swoją upragnioną licealistkę, albo transwestyta onanizujący się do dźwięku, jak to się nazywa?, takiego zlewu z niszczarką odpadków w Podpalaczce). Niektóre fabuły prawie zupełnie się z mojego mózgu ulotniły i pewnie mogłabym je przeczytać tak, jakbym jeszcze nigdy tego nie robiła.

king2

Kiedy z czymś dorastasz, nie jest łatwo być wobec tej rzeczy obiektywną. Ja dorastałam z książkami Kinga i na przestrzeni tych kilkunastu lat moje podejście do nich zmieniało się, tak jak w ogóle zmieniały się moje literackie gusta (co tu dużo mówić, studia polonistyczne bardzo im zaszkodziły). Dziś, z perspektywy mojego imponującego dwudziestosześcioletniego doświadczenia życiowego, potrafię wreszcie nazwać uczucie, które King we mnie wywołuje: jest nim sympatia. Nie do książek – żadnej z książek Kinga nie uważam za moją ulubioną, choć Smętarz dla zwierzaków zawsze wymieniam jako najbardziej przerażającą powieść, jaką kiedykolwiek czytałam – tylko do autora.

King jest dla mnie tą koleżanką, o której zawsze myślałam, że jest ode mnie fajniejsza, bystrzejsza i ładniejsza – ale nie myślałam tego z zawiścią, tylko z podziwem. No dobra, jest ode mnie o wiele brzydszy, ale poza tym wszystko się zgadza. Lubię go tak bardzo – i to nie tylko jako pisarza, ale po prostu jako osobę, przynajmniej tę jego personę, którą znam z biografii i mediów społecznościowych – że potrafię wybaczyć mu nawet najgorsze literackie kiksy. Lubię to, z jaką sympatią wypowiada się o swojej rodzinie. Lubię to, że jest bajecznie bogaty, ale najwyraźniej dobrze pamięta, jak to jest nie dojadać. Lubię, że jest zwolennikiem progresywnego opodatkowania (choć na ile są to tylko słowa, trudno orzec – jestem rozdarta między sympatią dla konkretnego człowieka i niechęcią do grupy, jaką są starzy bogaci mężczyźni) i daje kupę kasy na organizacje charytatywne. Wiem, że miał w swoim życiu okresy, gdy zapewne był kolosalnym dupkiem – prochy i alkohol tak działają – ale wydaje się to przyjmować do wiadomości, ani nie żebrząc o współczucie, ani nie zaprzeczając faktom. Najwyraźniej nie był szczególnie rewelacyjnym ojcem (nie chcę być kanapową psycholożką, ale mam wrażenie, że teraz to nadrabia), natomiast odnoszę wrażenie, że jest całkiem w porządku mężem – abstrahując, o ile w ogóle można to zrobić, od piekła, jakie musiał zafundować Tabicie w tych latach, kiedy rzadko trzeźwiał.

King-Horror-Selfie

Mam wielką słabość do pisarek i pisarzy, którzy – zamiast zamykać się w wieży z kości słoniowej i zgrywać Wielkiego Artystę – potrafią wyjść do swoich czytelniczek. Pisarzy, którzy nie są zbyt wspaniali, żeby korzystać z Twittera albo samodzielnie pisać swoje posty na Facebooku. Moim ulubionym pisarzem jest Neil Gaiman: jeden z prekursorów prowadzenia takiego ożywionego dialogu z czytelniczkami. Neil prowadził bloga w czasach, w których nie każdy jeszcze wiedział, co to w ogóle jest blog! King pod tym względem też jest uroczy: można kręcić nosem na jego wpadki (uch, ten jego niesławny tweet o Dylan i Mii Farrow z czasów, gdy oskarżyły Woody’ego Allena o molestowanie seksualne, okropność), ale czyż jednocześnie nie można choć trochę podziwiać go za to, że grubo po sześćdziesiątce w ogóle chce mu się jeszcze bawić w Twittera? Albo to, że otwarcie przyznaje, że praktycznie nie czyta już książek inaczej niż na swoim kindle’u: uwielbiam to, bo nie cierpię postawy papierowych snobów i innych wąchaczy książek, którzy traktują książki czytane z czytnika jak lektury gorszego sortu.

„Grubo po sześćdziesiątce” to tutaj zresztą fraza-klucz. Stephen King to taki fajny wujek, ze wszystkimi konsekwencjami: może i ma motor i niezły gust muzyczny, ale stale nieironicznie wrzuca do Internetu zdjęcia swoich psów i czasem potrafi palnąć coś anachronicznie żenującego (albo żenująco anachronicznego). Jeden żart powtarza czasem tyle razy, że wszyscy znają go na pamięć. Ale czy to aż tak złe, jeśli żart jest naprawdę zabawny?

stephen-king.jpg

Do napisania tego wszystkiego skłoniła mnie lektura Bazaru złych snów, najnowszego zbioru opowiadań Kinga. Powiem szczerze: byłam uprzedzona od samego początku, bo uważam, że facet z Bangor jest naprawdę znacznie, znacznie lepszy w długich formach. Nigdy jeszcze nie czytałam niczego Kinga, co by mnie skłoniło do porzucenia lektury (już tak na mnie działa jego proza – z przyjemnością czytam nawet te kawałki, o których on sam mówi z pewnym zażenowaniem), ale paradoksalnie bardziej skłonna jestem wybaczać mankamenty jego powieściom niż opowiadaniom. Stephen King to dla mnie jeden z tych pisarzy, którzy rozkwitają przy długich formach: dodają więcej tła, więcej psychologii postaci, więcej wszystkiego. A ja lubię to wszystko, nawet jeśli jest obiektywnie takie sobie.

Trudno pisze się o zbiorach opowiadań, prawda? Ani tego streścić, ani dogłębnie zanalizować. Cóż, w Bazarze od samych opowiadań w zasadzie bardziej podobały mi się krótkie notki poprzedzające każdy tekst: wyjaśniające, skąd wziął się pomysł na niego , albo jakie były okoliczności jego powstania. Bardzo lubię to w Kingu: nie kręci nosem na pytanie „Skąd wziął się pomysł na…?”, nie sugeruje, że och, no cóż, podróżując na grzbiecie Pegaza napił się przeczystej wody z Helikonu i w towarzystwie wszystkich Muz pisał złotym piórem na złotym papierze, i że stąd właśnie wziął się tekst. Po prostu odpowiada, i tyle. I wcale nie ujmuje mu to wielkości: przeciwnie, nieraz się zdziwiłam, z jak maleńkiego drobiazgu może narodzić się nie najgorsze opowiadanie.

Stephen King
AP Photo/Francois Mori via HuffPo

Inna sprawa, że same opowiadania są, ogólnie, dosyć przeciętne: jak to zwykle w zbiorach bywa, są perełki i są węgielki. Nie ma tutaj dużo grozy w klasycznym tego słowa znaczeniu – jeśli spodziewacie się horroru, to możecie się srodze rozczarować. Wszystkie są sprawnie napisane – byłoby dziwnie, gdyby było inaczej – i nieomylnie zdradzają dobry pisarski warsztat, szczególnie zaś to, co jako człowiek prosty bardzo u Kinga cenię, czyli dbałość o dobre umotywowanie wydarzeń.

To, co mnie w Bazarze zaniepokoiło, to jego trochę, no nie wiem, elegijny ton. Mam wrażenie, że to takie dykteryjki starszego pana, który dobrze wie, że na tym etapie swojego życia może pisać, o czym mu się żywnie podoba, bo to już ostatnia prosta. Może uprawiać słodko-zawstydzający product placement książki swojego syna (w opowiadaniu 130. kilometr jedna z postaci czyta Locke and Key, całkiem fajny komiks Joe’ego Hilla), może napisać opowiadanie o różowym kindle’u jako kluczu do świata równoległego, może nawet napisać biały wiersz o umarłych hipisach (mnie się podobał! #noshame #bringonthehate). Z wielu opowiadań przebija jednak wyraźny lęk – a może próba pogodzenia się – przed nieuchronnością śmierci, czy to własnej, czy najbliższych, oraz przed tym, co często śmierć poprzedza, czyli starością i zniedołężnieniem. <spoilers> W Kiepskim samopoczuciu bohater nie może przyjąć do wiadomości śmierci żony, w Letnim gromie główna postać popełnia samobójstwo w sposób, który – wyobrażam sobie – bardzo podobałby się samemu Kingowi, </spoilers> bohaterami Pana Ciacha i Batman i Robin wdają się w scysję są podopieczni domu spokojnej starości… Dużo tutaj też rezygnacji, ludzi złamanych, zobojętniałych i zgorzkniałych. Choć to akurat zawsze było specjalnością Kinga. Przede wszystkim dużo jest jednak słabości i śmierci.

Nie podoba mi się to. Moi ulubieni twórcy i twórczynie powinni żyć wiecznie, i już.

Straszne podsumowanie roku 2015

Długo mnie nie było, co? Końcówka roku w pracy była dość intensywna, a kiedy piszesz codziennie od dwunastu do trzydziestu stron w ramach tego, co musisz zrobić, rzadko chce się później napisać jeszcze notkę. Ale oto wracam! I mam dla was moje osobiste podsumowanie roku – teraz, gdy już na 100% wiadomo, że 2015 niczego nam nie przyniesie – w filmowej grozie.

Nie śmiem twierdzić, że obejrzałam wszystko, co warto było obejrzeć (nie zdążyłam do kina nawet na Crimson Peak, ech) – dlatego nie będzie to klasyczne podsumowanie typu Top 10. Zamiast tego mam parę highlightów i dość luźnych przemyśleń. Zwłaszcza że jestem bardzo, bardzo delikatnie skacowana. Bardzo delikatnie. Skupię się na pozytywach, bo uważam, że ten rok był dla grozy naprawdę łaskawy.

Największe zaskoczenie:

Wizyta (The Visit, reż. M. Night Shyamalan)

Zrzut ekranu 2016-01-01 19.56.58.png

Na Shyamalanie, swego czasu prawdziwej potędze kina grozy, wszyscy już dawno położyli kreskę. Ja zrobiłam to wprawdzie nieco później niż większość (mówcie co chcecie, moim zdaniem Osada była w porządku!), ale potem poddałam się, jak cała reszta. Shyamalanowskie „niespodziewane zwroty akcji” stały się w najlepszym razie boleśnie przewidywalne, a w najgorszym – żenujące (ekhm, ekhm, The Happening, ekhm). The Visit nie zapowiadało się optymistycznie: Night wziął na siebie nie tylko reżyserię, ale także scenariusz, a to rzadko kończy się dobrze w przypadku twórców, którzy trochę za bardzo wierzą w swoją nieomylność. I co? I niespodzianka! Najwyraźniej swego rodzaju powrót do korzeni – projekt prosty, pozbawiony produkcyjnych fajerwerków i zamknięty na niewielkiej przestrzeni, z niewielką liczbą mało znanych aktorów – to było właśnie to, czego Shyamalan potrzebował, żeby jego talent rozbłysnął na nowo. Miejmy nadzieję, że teraz znów będzie kręcić dobre, zapadające w pamięć filmy.

Największe rozczarowanie:

Paranormal Activity: Inny wymiar (Paranormal Activity: Ghost Dimension, reż. Gregory Plotkin)

pagd

IMDb

Nikt się nie łudził, że szósta i ostatnia (czy aby na pewno?) część serii Paranormal Activity będzie arcydziełem kinematografii. Ale czy ktoś mógł się spodziewać, że tak radykalnie odetnie się – „zdradzi”, chciałoby się powiedzieć – od tradycji, przekreślając większość (z nie tak znowu licznych, powiedzmy sobie szczerze) osiągnięć serii? Dobrze zrobionemu horrorowi można wybaczyć to, że nie jest szczególnie przerażający. Niestety, PA:GD nie jest dobrze zrobione, a do tego jest okropnie nudne. Szkoda, bo naprawdę wierzyłam, że mocnym akcentem na koniec można tę świetnie zaczętą serię uratować.

 

Film, który za 5 lat wszyscy będą uważać za mocno przereklamowany:

Coś za mną chodzi (It Follows, reż. David Robert Mitchell)

itfollows

IMDb

Nie zrozumcie mnie źle: It Follows to bardzo dobry – a przede wszystkim prześlicznie zrobiony – horror. Z przyjemnością zagłosowałam na niego w kilku rankingach, między innymi u Ilsy. Skąd więc tak pesymistyczna prognoza? Cóż, po prostu nie uważam, żeby to był aż tak rewelacyjny film, jak to się wszystkim wydaje. Jest pięknie nakręcony, ma genialny soundtrack (na pewno najlepszy horrorowy soundtrack roku!), młodzi aktorzy dają radę, pomysł naprawdę podnosi włosy na karku (see what I did here?)… Tyle że jednocześnie It Follows jest pełen luk w mitologii potwora, a całość jakby nie mogła się zdecydować, czy chce być „prawdziwym” horrorem czy arthouse’ową hipsterską starannie wystylizowaną meta metaforą (czego?). Jednocześnie wszyscy (ja też!) tak bardzo się nim podniecili, że inne co najmniej równie dobre filmy przeszły bez echa, co niby nie jest winą filmu, ale i tak mam mu to za złe.

Najciekawszy debiut:

Dar (The Gift, reż. Joel Edgerton)

thegift.jpg

IMDb

Mam mieszane uczucia co do tego filmu. Bardzo, BARDZO nie podobało mi się przedmiotowe potraktowanie jednej z bohaterek. Było nieprzyjemnym zgrzytem zwłaszcza na tle innych, świetnych tegorocznych ubiegłorocznych filmów, w których głównymi postaciami były kobiety, i przez to wydawało się jakby… anachroniczne? Jednocześnie uważam, że ogólnie rzecz biorąc jest to naprawdę dobry, trzymający w napięciu i zaskakujący film, który zdradza wielki talent zarówno do umiejętnego prowadzenia fabuły, jak i tworzenia ciekawych, wielowymiarowych postaci – a dodajmy, że Edgerton nie tylko wyreżyserował całość i napisał scenariusz, ale też zagrał jedną z głównych postaci. Lubię, gdy horror (raczej horroro-thriller w tym przypadku) ma w sobie coś z kina moralnego niepokoju, a Dar taki właśnie był. Na pewno będę z zainteresowaniem śledzić karierę Edgertona – mam nadzieję, że nie zużył całego talentu na swój debiutancki obraz.

 

Najbardziej niedoceniony film:

Głosy (The Voices, reż. Marjane Satrapi)

thevoices

IMDb

Głosy były chyba trochę zbyt dziwne, by mogły odbić się szerszym echem wśród horrorowej publiczności. To jeden z tych filmów, które oglądasz i świetnie się bawisz, a potem masz z tego powodu nie tylko wyrzuty sumienia, ale też intensywne, palące uczucie „WTF?!?!?!?!?!1!one!!11”. Nie zdradzę bardzo wiele, mówiąc, że fabuła filmu to bardzo oryginalny głos w sprawie ciągle żywej popkulturowej fascynacji „czarującymi seryjnymi mordercami”, na którą chorujemy już od mniej więcej dekady. Scenariusz jest zakręcony jak penis kaczora, aktorzy wspaniali (Ryan Reynolds w roli głównej jest rewelacyjny, a do tego występuje tu Anna Kendrick, jedna z moich ulubionych aktorek), do samego końca trudno powiedzieć, do czego to wszystko zmierza – what’s not to like?

Najfajniejszy film, o którym w Polsce nikt nie słyszał:

Zaproszenie (The Invitation, reż. Karyn Kusama)

theinvitation

IMDb

Tak jakby zwykłe domówki nie były wystarczająco koszmarne, w przypadku tej konkretnej imprezy Kusama serwuje nam morderczy twist. The Invitation to jeden z tych filmów, które mają po prostu wszystko, co lubię: powoli budowane napięcie, wieczną niepewność, czy to naprawdę dzieje się coś złego, czy może to tylko paranoja głównego bohatera, duszną atmosferę, subtelny podtekst społeczny i seksownych aktorów. Udało mi się dorwać tę perełkę podczas ubiegłorocznego Transatlantyku, co wydaje się wyjątkowo fartowne, ponieważ najwyraźniej The Invitation było jak dotąd wyświetlane w ograniczonym zakresie nawet w rodzimych Stanach Zjednoczonych, a data premiery wyznaczona została na 25 marca 2016.

 

Film, który najmocniej podbił moje serce:

Dziewczyny śmierci (The Final Girls, reż. Todd Strauss-Schulson)

Zrzut ekranu 2015-12-08 16.32.12.png

Nie będę się rozpisywać, bo to jedyny film na tej liście, o którym napisałam notkę pochwalną. Jeśli jeszcze tego nie zrobiłyście, rzućcie wszystko i biegnijcie go obejrzeć. Już już, prędziutko.

Mean Girls 2.0

Unfriended (2014, reż. Levan Gabriadze), znany także jako Cybernatural, wywołuje we mnie mieszane uczucia. W czasie oglądania filmu – który trwa zaledwie 82 minuty, czyli jest dość krótki nawet jak na horror, ale w istocie wlecze się strasznie – odczuwałam na zmianę znudzenie i pobłażliwe rozbawienie, z lekką nutką rozczarowania, bo film jest potwornie przehajpowany. Ale czy jest zły? Nie, zły nie jest.

unfriended-poster1-378x600

Zacznijmy od tego, że Unfriended to jeden z tych filmów, które wyróżniają się głównie zastosowanym chwytem formalnym. To found footage, ale całość jest nakręcona (czy to jeszcze można tak nazwać?) w taki sposób, że widzowie oglądają cały czas monitor komputera Blaire, jednej z bohaterek filmu, a postaci oglądamy jako okienka Skype’a. Można to uwielbiać albo można tego nienawidzić. Całe swoje dnie spędzam przed komputerem, więc nie miałam problemu ze śledzeniem tak skonstruowanego filmu, choć nie mogę powiedzieć, żeby nie była to męcząca forma. Doceniam pomysł: jest może nie nowy – to było już choćby w The Den – ale względnie świeży (a zatem, jak większość świeżych i oryginalnych pomysłów, zestarzeje się niemiłosiernie w błyskawicznym tempie), ale pasowałby raczej do jakiejś krótszej formy, no nie wiem, odcinka serialu albo miniatury filmowej. Może po prostu ja jestem na to za stara?

Zrzut ekranu 2015-12-12 16.43.59
To mi uświadamia, że nigdy nie korzystałam z czata grupowego na Skype’ie.

Fabuła jest prosta. Na samym początku dziewczyna, Laura Barns, popełnia samobójstwo, bo nie może już znieść bezlitosnego internetowego prześladowania, jakiego doświadcza po tym, jak ktoś wrzucił na YouTube’a filmik z nią po pijaku. Rok później grupka głupich, a jak się później okazuje także więcej niż wrednych nastolatków cziluje sobie przed Skype’em, gdy nagle ktoś, kto podaje się za Laurę, zaczyna wtrącać się do rozmowy i wysyłać tajemnicze wiadomości. W końcu ów ktoś – duch Laury, to żaden spojler – proponuje im niebezpieczną grę, w której stawką będzie życie (sorry za kliszę, naprawdę tak było). W czasie gry wychodzą na jaw najrozmaitsze brudne sprawki nastolatków, którzy może nie są wobec siebie tak lojalnymi przyjaciółmi, jak im się wydawało.

Zrzut ekranu 2015-12-12 16.43.03
Przynajmniej aktorzy wyglądają na nastolatków (choć niektórzy dobijają trzydziestki…).

Jeśli wyczuwacie tutaj amerykańską wersję Sali samobójców (albo, jak ja wolę to nazywać, najbardziej przereklamowanego polskiego filmu od czasu Essential Killing), to do pewnego stopnia macie rację. Portret nastolatków jest tutaj bardzo podobny, czyli okropny, okropny, okropny. Od paru lat pracuję w liceum i choć nie jestem wielką fanką najmłodszego pokolenia, to naprawdę zastanawiam się, skąd twórcy tego rodzaju filmów biorą swoje wyobrażenie o współczesnej młodzieży, bo bohaterowie tego filmu mają na swoich sumieniach rzeczy, których nie powstydziliby się trzydziestoletni creeperzy po przejściach. Z jakiegoś powodu połowa postaci ma także dostęp do broni palnej, a jeden koleś ma ogromny nóż myśliwski. Wiem, że to USA i tam faktycznie w wielu domach jest broń, ale przynajmniej teoretycznie powinna być niedostępna dla smarkaczy, więc wyglądało to dziwnie i sprawiało wrażenie raczej fabularnego pójścia na łatwiznę. Z drugiej strony w Unfriended oglądamy chyba najgorszą, najgłupszą, najbardziej zdeprawowaną i w ogóle najbardziej odrażającą grupę młodzieży, jaka zawiązała się od czasu Mechanicznej pomarańczy, więc…

To bardzo wredny film. Nie ma tutaj pozytywnych postaci, nie ma odkupienia, nie ma bezbronnej ofiary, nie ma morału, nie ma happy endu. Nawet ci bohaterowie, którym początkowo współczujemy, okazują się okropni, zakłamani i w ogóle ble. Co nasuwa pytanie: jaka jest teza tego filmu? Bo jeśli chodziło o pokazanie, że nawet pozornie „dobre dzieci”, ukryte za cienką zasłoną anonimowości, jaką dają Internet i social media, potrafią robić złe rzeczy, to nie wyszło, ponieważ nie ma tu dobrych dzieci (tylko Ken wydawał się stosunkowo przeciętnym nastolatkiem, ale może coś mi umknęło?). Może chodziło o stworzenie metafory internetowej cyberprzemocy? Cyberprzemoc zabija i tak dalej? W Internecie najmniejsza pierdoła może urosnąć do rangi wydarzenia dnia? Naprawdę nie wiem i mam wrażenie, że reżyser sam nie za bardzo wiedział – a szkoda, bo to temat, który nie został jeszcze wcale wyczerpany ani w mainstreamowym kinie, ani tym bardziej w horrorze.

Najbardziej uderzające jest tutaj to, że te nastoletnie matoły nie są w stanie odessać się od ekranów nawet wówczas, gdy dalsze siedzenie na Fejsie grozi im śmiercią. To jakiś nowy level schodzenia po ciemku do piwnicy i rozdzielania się w lesie. Gdybym więc miała wskazać jeden naprawdę trafny element satyry – albo komentarza socjologicznego, nazwijcie to jak chcecie – w tym filmie, to byłoby to właśnie to.

Kto płacze na slasherach? (Ja, najwyraźniej)

Nieco ponad tydzień temu byłam z facetem w poznańskim Teatrze Nowym na Dziadach. Spektakl był rewelacyjny: w oryginalnym tekście nie zmieniono niczego (poza, oczywiście, dokonaniem niezbędnych cięć), a współczesny, odświeżający ten cokolwiek już zwietrzały dramat wydźwięk nadano sztuce poprzez podstawienie znanych (i mniej znanych) postaci i wydarzeń z popkultury w miejsce tych wszystkich Maryli, Gustawów, Guślarzy i innych Księży Piotrów oraz osadzenie wszystkiego w kontekście amerykańskiej walki o równouprawnienie osób czarnoskórych. Sama byłam zdziwiona tym, jak dosadnie potrafi brzmieć tekst Mickiewicza w tak, mogłoby się wydawać, odległym od oryginalnej intencji kontekście. Choć pięć lat studiów polonistycznych zostawiło we mnie mieszankę obowiązkowego szacunku i zdrowego dystansu dla tego, jak się uważa, najlepszego polskiego poety, to nigdy nie sądziłam, że Mickiewicz potrafi wzruszyć mnie do łez.
final girls

Dlaczego o tym piszę? Trochę dlatego, że były w tej inscenizacji nawiązania do klasyki horroru – wspaniały pomysł zresztą, naprawdę idealnie zgrały się z II częścią Dziadów, która przecież jest właśnie horrorem. Przede wszystkim jednak dlatego, że kiedy wczoraj oglądałam cudowny film The Final Girls (2015, reż. Todd Strauss-Schulson – rzadki przypadek, gdy jakiemuś facetowi wyszedł dobry film o kobietach), dotarło do mnie, że dla pewnego grona odbiorczyń popkultury slashery stały się tym, czym są Dziady: klasycznym tekstem, w który należy wpisać własną treść, i który świetnie nadaje się do tego, by stać się ramą dla opowieści zupełnie innej niż ta, którą niósł oryginalnie. The Final Girls robi to z wdziękiem, pomysłem i werwą, i po prostu nie mam dość słów, żeby wystarczająco dochwalić ten film.

Zrzut ekranu 2015-12-08 16.36.03
Gdybym chciała się koniecznie czegoś przyczepić, to tego, że Camp Bloodbath ma być pastiszem typowego slashera z lat 80, a z chronologii filmu wynika, że musiał powstać w latach 90.

The Final Girls zaczyna się, gdy nastoletnia Max (Taissa Farminga, którą bardzo lubię od pierwszego sezonu American Horror Story) czeka w samochodzie na swoją matkę, Amandę (urocza Malin Åkerman), która bierze właśnie udział w aktorskim castingu. Amanda jest typową gwiazdą jednego filmu: odkąd dwadzieścia lat wcześniej zagrała w sztampowym obozowym slasherze Camp Bloodbath (wyraźnie stylizowanym na pierwszy Piątek trzynastego, choć z elementami innych popularnych serii), który od tamtej pory osiągnął status filmu kultowego, nie może wydostać się z aktorskiej szufladki, w którą ją wtłoczono. Mimo to nie zraża się, dzielnie chodzi na kolejne przesłuchania, a także jest kochającą – choć może nieco zanadto beztroską – mamą dla Max. Gdy matka i córka wracają do domu, mają poważny wypadek samochodowy, z którego żywa wychodzi tylko ta druga. Trzy lata później, już w college’u, Max wraz z przyjaciółmi niechętnie bierze udział w zorganizowanym z okazji rocznicy śmierci Amandy pokazie obu części Camp Bloodbath. Podczas seansu w kinie wybucha pożar, z którego grupka próbuje uciec przez wyjście ewakuacyjne za ekranem kinowym, ale zamiast do wyjścia trafiają – w bliżej nieokreślony sposób – do filmu. Odtąd będą zmuszeni wykorzystać całą swoją wiedzę o regułach rządzących slasherami, by przeciwstawić się czyhającemu na nich psychopatycznemu mordercy, Billy’emu. Do tego Max będzie musiała zmierzyć się z emocjonalnym rollercoasterem, jakim okaże się spotkanie z utrwaloną na filmowej taśmie wersją jej matki.

Zrzut ekranu 2015-12-08 16.32.12
Fajny zabieg: postaci są jednocześnie bohater(k)ami i publicznością, co w tej scenie widać najwyraźniej.

The Final Girls ma wiele mocnych stron, od zapadającej w pamięć zamierzenie kiczowatej scenerii aż po liczne ukryte smaczki dla starych horrorowych wyjadaczek, ale jednym z najlepszych elementów tego filmu są postaci: czyli dokładnie to, co w większości produkcji o mordowanych nastolatkach jest najsłabsze. Wiadomo, że zestawienie głupiutkich i egzaltowanych bohaterów i bohaterek Camp Bloodbath z przybyłymi z przyszłości cynicznymi millenialsami jest komicznym pewniakiem, ale tutaj zrobiono więcej: prawie każda z postaci (z przyszłości) w jakiś sposób zaprzecza stereotypom na swój temat, udowadniając, że nie są tylko komediowymi kliszami, ale prawdziwymi ludźmi z prawdziwymi uczuciami. Chris (albo, jak ja wolę go nazywać, Bjorn z Wikingów), który ze względu na posturę mógłby byś typowym osiłkiem, okazuje się bystrym i opiekuńczym facetem. Prymuska Vicky początkowo wydaje się nieznośna, ale sama przyznaje, że jej gorycz jest mechanizmem obronnym zastosowanym po odrzuceniu przez pogrążoną w żałobie Max. Pyskata Gertie jest bardziej uczuciowa, niż byłaby skłonna przyznać. Do tego Max wykonuje swoją pracę żałoby, a jej matka, czy właściwie Nancy z Camp Bloodbath, uświadamia sobie, że nie musi być tylko the shy girl with the clipboard and the guitar, jedną z wielu ofiar BIlly’ego, o których zapomina się jeszcze zanim zaczną lecieć napisy końcowe.

Zrzut ekranu 2015-12-08 16.32.33
„Their hair is so flat. It’s making me sad!”

W wielu recenzjach przeczytałyście lub jeszcze przeczytacie, że The Final Girls to coś na kształt Domu w głębi lasu: pastisz horroru, któremu jednocześnie udaje się być całkiem skutecznym horrorem. Olejcie te recenzje. The Final Girls to, owszem, pastisz slasherów (bardzo, nawiasem mówiąc, czuły i pełen tyleż sympatii, co dystansu do gatunku), ale tak naprawdę wcale nie aspiruje do tego, by rzeczywiście być jednocześnie slasherem. Nie wiem, jak niski próg tolerancji na filmowe straszenie trzeba mieć, by uznać Billy’ego z jego maczetą i idiotyczną maską za coś więcej niż element slasherowego mechanizmu, tak samo niezbędny, ale i tak samo przerażający, jak kukułka w zegarze z kukułką. Jasne, Billy metodycznie rozprawia się z kolejnymi postaciami, ale wcale nie o to tutaj chodzi. To nie slasher: to inteligentna historia o tym, w jaki sposób żałoba wpływa na życie dotkniętych nią osób oraz ich najbliższego otoczenia, opowiedziana z użyciem konwencji slashera. Do tego cholernie śmieszna. I wzruszająca. Więc może przestańcie wreszcie czytać ten tekst, bo mogłabym o tym filmie pisać jeszcze bardzo długo, zróbcie same sobie przysługę i idźcie obejrzeć The Final Girls.

Hollywood to najgorsze miejsce na świecie, czyli portret roz-gwiazdy

Na pewno zauważyłyście już, że filmy o męskich problemach, z głównymi bohaterami-mężczyznami i ogólnie fabułą kręcącą się wokół facetów nudzą mnie do łez. Po prostu nie umiem utrzymać na nich uwagi wystarczająco długo, żeby w ogóle mieć coś ciekawego do napisania. Ale wiecie, co mnie z kolei nie nudzi, a wkurza? Horrory „o kobietach” (lol) nakręcone przez mężczyzn. Z nielicznymi wyjątkami (pozdrawiam Ginger Snaps, jeden z moich absolutnie ulubionych filmów, o dziwo wyreżyserowany przez mężczyznę!) są to zwykle tak koszmarnie sztampowe i często jawnie obraźliwe produkcje, że naprawdę chce się  wyć (tak, to aluzja do Ginger Snaps).

starryeyes

Jak się domyślacie, ze Starry Eyes (2014, reż. Kevin Kolsch i Dennis Widmyer) jest podobnie. To kolejny wariant opowieści o „dziewczynie z marzeniami” albo „dziewczynie z talentem”. Sarah (pełna poświęcenia Alex Essoe) pracuje jako kelnerka w breastauracji Big Taters, a swój wolny czas poświęca na lekcje gry aktorskiej i kolejne przesłuchania. Pewnego dnia idzie na casting do filmu grozy pod wdzięcznym choć kiczowatym tytułem The Silver Scream, realizowanego przez sławne studio Astraeus Pictures. Początkowo przesłuchanie wydaje się porażką: ludzie prowadzący casting są niemili i odmawiają jakichkolwiek wskazówek, kwitując występ Sarah zdawkowym „Nie dzwoń, my zadzwonimy”. Wszystko zmienia się, gdy prowadzący casting w jakiś sposób (ukryte kamery?) podglądają Sarah nerwowo wyrywającą sobie kępki włosów w łazience studia. Okazuje się, że może jednak ma potencjał, którego szukali.

Zrzut ekranu 2015-12-07 19.22.28
Najbardziej przerażająca rzecz w tej scenie: ałtfit kolesia po lewej.

Słusznie się domyślacie: to film o tym, jak ambicja niszczy kobiety, które powinny przecież albo siedzieć w domu, albo zadowolić się swoimi kiepsko płatnymi i niezbyt szanowanymi zawodami. Mam wrażenie, że w przypadku fabuły o „dziewczynie z marzeniami” narracja prawie zawsze idzie w jednym z dwóch kierunków: albo bohaterka osiąga więcej niż planowała i stwierdza – przytłoczona sukcesem? Albo coś? – że to jednak nie dla niej, i że woli skromniejsze zajęcia (casus Diabeł ubiera się u Prady lub Mulan, żeby daleko nie szukać), albo zostaje ukarana za swoją hybris i upada na samo dno, po drodze tracąc wszystko, co jest jej drogie. Ponieważ mamy tu do czynienia z horrorem, oczywiście scenariusz zalicza się do drugiego typu. Reżyserzy straszaków w końcu niczego tak nie uwielbiają, jak pokazywania cierpienia młodych ładnych kobiet.

Zrzut ekranu 2015-12-07 19.38.42
Imprezy, wspólne oglądanie filmów, chata z basenem… Zaiste, życie początkujących aktorów jest niewiarygodnie ciężkie.

Pewnie już się tego domyśliłyście, ale dla jasności napiszę, że Starry Eyes jest jedną rozwlekłą metaforą procesu przebijania się w świecie showbiznesu. Upadek Sarah zaczyna się, gdy dziewczyna zgadza się obciągnąć staremu producentowi filmowemu, kulminacją jest, hm, rezygnacja z przyjaciół, a finałem – same zobaczycie. Studio Astraeus Pictures przedstawione jest jako – to chyba nie będzie wielki spoiler? – sekta czcicieli tytana Astrajosa (w mitologii greckiej Astrajos był ojcem gwiazd – sprytne, sprytne). Lubię rozwlekłe metafory, ale z tą problem jest taki, że trudno jest ją docenić na poziomie innym niż intelektualny. Dlaczego? Dlatego, że ten film jest okropnie wredny. Nie ma tutaj naprawdę sympatycznych postaci: i kiedy mówię „sympatycznych”, mam na myśli pierwotne znaczenie tego słowa. Nie ma tutaj osób, z którymi można by współodczuwać. Kiedy oglądałam Starry Eyes i przed moimi oczami dokonywały się kolejne groteskowe przemiany bohaterki, nie czułam jej cierpienia, tylko myślałam, że to nie jest dobry look dla aspirującej aktorki. Tym bardziej, że Sarah cała złożona jest z marzenia o zostaniu aktorką i drobnych złośliwości, wobec siebie samej i wobec innych – nie ma w niej niczego więcej. Kiedy zaczęli ginąć ludzie (a wiadomo, że zginą), nawet nie mrugnęłam okiem, ponieważ wszyscy co do jednego byli kompletnymi dupkami, jeśli nie cały czas, to raz na jakiś czas. I z jednej strony rozumiem, że taki był zamysł – bardzo ponury portret branży filmowej i tak dalej – a z drugiej strony myślę sobie, że jeśli nie ma pozytywnego kontrastu, to ta cała wredota wypada blado i trochę nijako.

Zrzut ekranu 2015-12-07 19.23.32
Gdyby Sarah obejrzała „Serbski film”, tej sceny by nie było.

Podejrzewam, że stosunkowo wysokie oceny krytyków biorą się z faktu, że kinowym portretom kobiecego cierpienia – w przeciwieństwie do obrazów kobiecego sukcesu, oczywiście – uwielbia się dorabiać głębsze znaczenie. Nie jest ważna bohaterka: ważne jest tylko to, że do końca filmu zostanie widowiskowo sponiewierana. Wtedy krytyka widzi w tym Prawdziwą Głębię. Ble. Kiedy wreszcie ludzie z przemysłu filmowego wpadną na to, że „cierpienie” i „głębia” to dwie różne rzeczy? Czy naprawdę żądamy tak dużo, chcąc oglądać interesujące bohaterki, a nie tylko drżące ofiary? Nie każda postać kobieca musi być „silna i niezależna”. Nie każda musi wzbudzać pozytywne uczucia. Ale każda powinna być, na miłość boską, jakaś. Mam dość postaci kobiecych, które nie są niczym poza nośnikami metafory. Tym bardziej, gdy są takie w filmach nakręconych przez mężczyzn. Fuck this shit, chyba pójdę obejrzeć Ginger Snaps.

Wake up, sheeple!

The Conspiracy (2012, reż. Christopher MacBride) to film, w którym jacyś faceci zajmują się jakimś facetem, który twierdzi, że rozgryzł tajemnicę światowego rządu. Jego teoria brzmi: światem rządzą jacyś biali bogaci faceci. I tutaj musimy zadać sobie pytanie: czy naprawdę trzeba obejrzeć ten film, żeby to wiedzieć?

conspiracy poster

OK, abstrahując od tego, że tytułowa teoria spiskowa jest nieszczególnie zaskakująca – o ile w ogóle można nazwać ją teorią spiskową, a nie, no cóż, powszechną wiedzą – The Conspiracy nie jest złym filmem. To paradokument złożony głównie z found footage (jeden z tych, w których bohaterowie mają takie same imiona jak grane przez nich postaci), ale z interesującym twistem formalnym, którego nie chcę zdradzać (chodzi mi o ostatnich parę minut – nie o to, co dzieje się z bohaterami). Mnie nie trzymał jakoś szczególnie w napięciu, a do tego fabularnego – nie formalnego – twista domyśliłam się dosyć wcześnie, ale podobał się mojemu facetowi i najwyraźniej większości internetowych recenzentów. Po prawdzie to nawet nie wiem, co właściwie miałabym napisać o tym filmie, bo mam wrażenie, że wszystkie moje najważniejsze refleksje zamknęłam w pierwszym akapicie…

Zrzut ekranu 2015-12-06 18.51.52
Czy teoretycy spiskowi naprawdę korzystali z Second Life w 2011 roku?

The Conspiracy to jeden z tych filmów, w których najciekawsza tak naprawdę jest forma. Poza elementami found footage film jest skonstruowany jak internetowy albo telewizyjny dokument, z typową dla filmów dokumentalnych muzyką i sposobem kręcenia włącznie. Wygląda to naprawdę fajnie, momentami udaje się też twórcom wycisnąć z tego coś w rodzaju ironii czy nawet komizmu. Gorzej, moim zdaniem, z resztą. Aktorstwa w found footage w zasadzie nie da się ocenić, ale postaci nie są szczególnie sympatyczne i, szczerze mówiąc, gdyby nie różnica we fryzurach, pewnie stale bym myliła ze sobą dwóch głównych bohaterów. Akcja toczy się dość wartko i konsekwentnie dąży do celu: zresztą gdyby film trwający mniej niż 90 minut miał dłużyzny, byłoby to bardzo smutne, same przyznacie. Tajemne stowarzyszenie zakulisowych władców świata jest może minimalnie ciekawsze niż to, co opisałam powyżej, ale nie jakoś bardzo.  I tyle.

Zrzut ekranu 2015-12-06 18.52.15
Peruka tej gadającej głowy jest nieco zanadto oczywista…

To bardzo poprawnie zrobiony film – tak naprawdę nie ma tu niczego, czego można by się przyczepić. Jednocześnie nie ma tu też tego „czegoś”, dzięki czemu obraz przekroczyłby granicę przeciętności, i nie mam tu na myśli postaci kobiecych. (No dobrze, może trochę mam.) Poleciłabym go chyba wyłącznie osobom zainteresowanym tematyką teorii spiskowych – nawet nie fankom horroru, bo film nazywany jest horrorem zdecydowanie na wyrost, tylko właśnie ludziom, którzy lubią filmy sensacyjne. Nic szczególnego.